Czym jest DDA? - MentalPath.pl

Od ponad trzech dekad pracuję w obszarze pomocy psychologicznej. Nie dziwi mnie popularność książki „Dom w butelce” Magdaleny Kicińskiej i Agnieszki Jucewicz. Z zaciekawieniem obserwuję, jak przez lata dyskusja na temat tzw. DDA się zmienia i regularnie powraca. Niestety, nie wierzę w to, że ten temat przestanie być w Polsce nośny. Z moich prywatnych obserwacji wynika, że nawet jeżeli 10 proc. osób mieszkających w Polsce jest uzależnionych od alkoholu, to jeśli doda się do nich 2-3 osoby współuzależnione, okazuje się, że ten problem dotyczy istotnego odsetka społeczeństwa. Według mnie to stałe zjawisko, a nie odnawiające się.
Wiele lat temu pojawiły się w mediach i sieci poradniki o zbiorze cech osobowości, określanych jako DDA. I ci, którzy do tego zbioru dotarli, odnajdywali się w tym zespole cech i w ten sposób trafiali na terapię. Syndrom DDA w żadnej klasyfikacji medycznej formalnie nie jest chorobą. Na potrzeby NFZ określa się takie problemy jako „zaburzenia adaptacyjne”. Bycie dzieckiem osób uzależnionych od alkoholu nie jest chorobą, jest to określenie niezwykle pojemne i odnosi się do sytuacji życiowej, w której się tkwiło. Dorosłe życie każe tym osobom mierzyć się z konsekwencjami, które niejednokrotnie są trudne do przewidzenia.

 

DA to ludzie doskonale funkcjonujący w społeczeństwie”

Osoby z rodzin dysfunkcyjnych (to znacznie bardziej precyzujące określenie niż obiegowe „DDA”) nie dostały w dzieciństwie rzeczy, które im się należały, czyli podstawowe potrzeby: poczucia bezpieczeństwa i miłości, przekonania o tym, że są potrzebne i ważne. W dorosłym życiu może to spowodować szereg zaburzeń. W domach osób z rodzin dysfunkcyjnych, w których obecny jest regularnie alkohol w ilościach odcinających świadomość i odpowiedzialność, wszystko kręci się wokół osoby uzależnionej, a nie wokół dziecka i jego potrzeb. Kiedy w rodzinie istnieje problem alkoholowy, choruje cały system rodzinny – nastraja się na ukrycie za wszelką cenę faktu, że w rodzinie ten problem istnieje. Najtrudniej presję takiego systemowego „układu” jest dźwigać dziecku. Później te obowiązki niemożliwe do dźwignięcia emocjonalnego przez dziecko zaczynają w sposób nieświadomy ciążyć w dorosłym życiu. Uświadomić je sobie można na przykład na terapii.

 

Na terapię trafiają do mnie osoby w różnym momencie życia. Najczęściej, kiedy pojawiają się jakieś długofalowe problemy w relacjach i związkach. Choć w większości tzw. DDA to ludzie doskonale funkcjonujący w społeczeństwie. Osoby z syndromem DDA mają własne mieszkania, zakładają rodziny, spełniają się w pracy. Na pierwszy rzut oka radzą sobie doskonale. Dopiero kiedy się wsłuchać i przyjrzeć – widać, że to są osoby wewnętrznie głęboko:

  • nieszczęśliwe,
  • niespełnione
  • niezadowolone z siebie
  • pełne lęków
  • kompleksów

Albo otwarcie mówią na terapii o tym, że od zawsze same ze sobą czuły się źle. Zdarza się, że budują związek z partnerem albo partnerką, których mają za wspaniałych ludzi, ale odkrywają w sobie nieuzasadniony ich zdaniem głód, poczucie niespełnienia. Mówią, że czegoś poszukują, ale nie potrafią zdefiniować, co to takiego. W moim gabinecie pojawiają się również ludzie, którzy zostają rodzicami i czują się w nowej roli źle – są wobec siebie nazbyt krytyczni albo wobec swoich dzieci wykazują postawę lękową. Słyszę od nich: „bo w normalnych rodzinach to powinno być tak…”. Te osoby nie wiedzą, jak powinno być w tzw. normalnych rodzinach, bo nie takie je ukształtowały. Poza tym pojęcie normatywności jest mocno płynne. Ostatecznie okazuje się, że dorosłe dzieci alkoholików nie wiedzą, co to znaczy: normalnie, bo sami nawet nie wiedzą, że mogą chcieć czegoś więcej niż doświadczenia, które sami zgromadzili. Jedna z moich pacjentek szukała wzorowych rodzin w książkach i filmach – wierzyła, że wszystko to, co jest dziełem sztuki, jest bardziej poprawne i prawidłowe niż jej wzorzec z rodzinnego domu. Tak próbowała zdefiniować normalność.

Decyzję o rozpoczęciu terapii pacjenci podejmują również pod wpływem jakichś istotnych zdarzeń w życiu, które są katalizatorami tej decyzji. Prowadzę również w gabinecie osoby, które zmagają się z długofalowymi skutkami Covid-19. Niedawno przyszła do mnie młoda kobieta, która pod wpływem zaostrzenia objawów infekcji zauważyła eskalację lęków, które towarzyszyły jej od dzieciństwa. Do czasu zachorowania były jakoś ujarzmione, infekcja coś w niej otworzyła – pod powierzchnią lęku kryły się trudne doświadczenia z dzieciństwa pełnego głodu emocjonalnego.

Niejednokrotnie na terapię do mnie trafiają również pacjenci, którzy sami zaczynają się zmagać z problemem uzależnienia od alkoholu albo innych substancji. Z mojego doświadczenia wynika, że na terapię grupową najlepiej zgłaszać się jak, się ma ponad 23-25 lat.

 

Syndrom DDA jest zatem nieco przestarzałym określeniem”

 

Podręczniki o syndromie DDA mówią o zjawisku eskalacji przemocy w życiu osób wychowanych w rodzinach alkoholowych albo o autoagresji czy nieumiejętności radzenia sobie ze złością. Problem w tym jednak, że w przypadku takich zachowań samo pojęcie DDA nie wystarczy. Takiego rodzaju zaburzenia adaptacyjne występują nie tylko w rodzinach alkoholowych – występują u osób, które w ogóle doświadczyły zaniedbania emocjonalnej albo przemocy, na przykład emocjonalnej. Przy czym w domu alkoholu nie było. To chyba nawet jest jeszcze trudniejsze do zinternalizowania dla dziecka: kiedy opiekun „na trzeźwo” krzywdzi i zadaje razy emocjonalne, które dosłownie zostawiają w psychice ślad. Syndrom DDA jest zatem nieco przestarzałym określeniem – dziś częściej mówimy o rodzinach dysfunkcyjnych.

Rola superbohatera w dorosłym życiu może się różnie przejawiać. Na przykład pod postacią tzw. stachanowca – to znakomici pracownicy korporacji, urastający do rangi liderów, perfekcyjnych wykonawców, skutecznych i zadaniowych. W terapii odczuwają jednak potężną frustrację: liczą na superszybkie efekty, wyznaczają sobie deadline’y na sukces i zakończenie terapii. A, jak wiadomo, każda terapia wymaga czasu, z moich obserwacji wynika, że dwa lata to zwykle minimum, jakie sobie trzeba dać na wprowadzenie zmian, uświadomienie ich.

 

„Osoby z rodzin dysfunkcyjnych wyrabiają dwieście procent normy”

 

Rodziny dysfunkcyjne modelują dziecko do zachowań, które pozwolą zatuszować faktyczny stan emocjonalny rodziny. Stąd dzieci uczą się od początku mataczyć, kłamać, tworzyć alternatywne wersje wydarzeń. Dzieci czerpią również ze wzorca rodzicielskiego: jeżeli oszustwo sankcjonuje tata albo mama, to znaczy, że tak można, a nawet trzeba się zachowywać. Przy okazji dzieci uczone są nie czuć, nie widzieć, ignorować swoje potrzeby, nie komunikować się otwarcie. Jednym z poważniejszych zjawisk w rodzinach dysfunkcyjnych jest parentyfikacja. Dziecko staje się szefem. Już kilkulatek wie, że rodzica w stanie nietrzeźwości należy położyć na boku – dla bezpieczeństwa rodzica. Dzieci potrafią też przyprowadzić do domu z knajpy nietrzeźwego tatę – żeby był bezpieczny. Dzieci gromadzą zatem doświadczenia ponad ich wiek i możliwości zinternalizowania. Zaczynają wchodzić w różne role: od ratownika po kozła ofiarnego. Stereotypowo jest tak, że kozły ofiarne „kończą” na przykład w zakładach poprawczych albo więzieniach.

Osoby z rodzin dysfunkcyjnych wyrastają często na stachanowców, wyrabiają dwieście procent normy, jak ktoś z boku popatrzy, że to człowiek sukcesu. Tylko jak się go bliżej pozna, to widać, jakim to jest kosztem. Bardzo często jest tak, że tzw. DDA, mając już swoje rodziny, żyją życiem rodzin pochodzenia. Sprawdzają, dzwonią, jeżdżą, wspierają, różne rzeczy robią niekorzystne dla tych rodziców. Mimo że mają już swoją rodziny i robią to kosztem swojej rodziny. Obawa, że coś jest nie tak u mamy albo taty, nie daje im spokoju ani możliwości zajęcia się swoim życiem. A i rodzice często nieustannie tego od dzieci wymagają. Bo skoro przez tyle lat zajmowały się tatą i mamą, to czemu teraz miałyby przestać?

 

Największą satysfakcję zawodową daje mi prowadzenie terapii grupowej. Kiedyś były jeszcze na niej ograniczenia wiekowe, dziś już w większości są zniesione, choć wciąż istnieją. Cud takiego spotkania jest niesamowity – grupa się wewnętrznie układa, reguluje, wyczuwa. Ludzie w różnym wieku nagle po latach się otwierają i konstruuje się wspólnota doświadczeń, która nie zna granic wiekowych. To daje dużo siły do działania i wielką motywację. Moje obserwacje mówią, że im wcześniej osoby z rodzin dysfunkcyjnych zdecydują się na terapię, tym lepiej – dochodzą do wniosków szybciej i skuteczniej. Żeby jednak nikogo nie czarować: szybko w moim psychoterapeutycznym słowniku oznacza co najmniej dwa lata. To minimalny czas niezbędny do tego, żeby móc wprowadzić realne zmiany w swoim życiu i uświadomić sobie niedobory, opłakać straty.

Nie da się w ciągu kilku miesięcy odwrócić działania mechanizmów obronnych, które kształtowały się w nas przez wiele lat. Nawet jeżeli na poziomie racjonalnym zrozumiemy, co jest nie tak i co robimy źle. Zawsze powtarzam pacjentom, żeby zaczynali od małych zmian w swoim życiu i otoczeniu. Żeby nie mnożyli wobec siebie oczekiwań. W przypadku osób, które zaznały w dzieciństwie głównie przemocy – najtrudniejsza jest łagodność dla samego siebie. Wszystkich do niej zawsze gorąco namawiam. Pewne błędy będziemy przez jakiś czas powielać.

Po terapii grupowej lub indywidualnej zaczyna się lepiej, lżej żyć. Niektórzy uczą się odpoczywać, dbać o siebie, uczą się złościć w taki sposób, żeby to nie sprawiało innym przykrości albo nie robiło innym krzywdy. Uczą się takich rzeczy, które im ułatwiają życie. Uprzyjemniają. Uczą się dbałości do siebie bez wyrzutów sumienia.

 

„W Polsce potrzebne jest propagowanie wiedzy psychologicznej”

 

Trudno mi uwierzyć w to, że problem rodzin dysfunkcyjnych w Polsce kiedykolwiek zniknie albo zblednie. Ponieważ i dzieci są uwikłane w podtrzymywanie status quo. Ale i my jako społeczeństwo przykładamy do tego rękę. Ponad 20 lat temu w terapii grupowej była u mnie młoda kobieta w okolicach trzydziestki. Mieszkała z młodszym bratem i pijącymi rodzicami na Żoliborzu. Ich babcia na Pradze. Babcia była dla nich jedynym ratunkiem. Kiedy już w domu było bardzo źle, rodzice byli pijani i robili awanturę, dzieci w wieku przedszkolnym, w piżamach, same przetransportowywały się na Pragę do babci, żeby szukać pomocy. Nikt nie zwrócił na to uwagi ani szkoła nie zgłosiła problemu, ani sąsiedzi nie reagowali. To się działo dwadzieścia lat temu w centrum Warszawy, w centrum stolicy. Obawiam się, że i teraz takie obrazki mogą się spotkać z różnymi komentarzami. Wychłódliśmy na ludzką krzywdę, boimy się wychylać, martwi nas to, że po interwencji będziemy mieli jeszcze jakieś kłopoty. Ale i dzieci z takich rodzin się boją: gdyby zostały przyprowadzone przez obcą osobę do rodzinnego domu, dopiero mogłoby się dla nich rozpętać piekło. Wolą więc uciec albo kłamać, że jest dobrze niż poprosić o pomoc i ujawnić skrzętnie skrywaną przez system rodzinny tajemnicę.

Na pewno w Polsce potrzebne jest propagowanie wiedzy psychologicznej i większa odwaga w reagowaniu w sytuacjach dwuznacznych albo kryzysowych. Niezbędne jest zwiększenie świadomości społecznej dotyczącej tego, co to znaczy w ogóle mieć dzieci. Przecież nie trzeba kończyć żadnego kursu, nie trzeba mieć żadnych pozwoleń. Nawet żeby stanąć przed ołtarzem – trzeba skończyć kurs przedmałżeński, prowadzony skądinąd przez osoby, które w obszarze życia rodzinnego nie mają poważniejszych doświadczeń.

 

Nie pamiętam już swoje pierwszego pacjenta z rodziny dysfunkcyjnej, ale pamiętam pierwszą terapię grupową, którą prowadziłam. To była dla mnie wielka lekcja na całe zawodowe życie. Pracowałam w poradni leczenia uzależnień. W grupie były też dzieci aktualnie leczących się w ośrodku osób. Zapamiętałam na całe życie doświadczenie szoku, jakie mi towarzyszyło, kiedy usłyszałam od córki jednego z leczonych w ośrodku, jak naprawdę wyglądało życie rodzinne. Jak ten człowiek krzywdził swoje dzieci. Pamiętam, jak trudno było mi jako terapeutce poradzić sobie ze zwyczajną, odruchową reakcją buntu wobec niesprawiedliwości i cierpienia, jakie dorośli zadają swoim własnym dzieciom. Rozdźwięk pomiędzy rodzicielską autokreacją a relacjami dzieci był dla mnie wówczas porażający.

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym wykonywać jakikolwiek inny zawód. Najpiękniejsza w pracy terapeuty jest możliwość obserwowania w czasie rzeczywistym zmian, które ludzie wprowadzają w swoim życiu. Mam pacjenta, który w ciągu ostatnich kilku miesięcy schudł 50 kilo – stało się to równolegle wobec tego, jak zaczął w życiu porządkować wszystko, co go przytłaczało. To dla mnie źródło największej zawodowej radości: kiedy ludzie zaczynają wreszcie żyć i z życia czerpać satysfakcję. Oprócz tego jest to dla mnie jako człowieka źródło wielkiej życiowej siły.

 

Polecane przez Specjalistkę lektury:

  1. J. Ackerman – „Wyrosnąć z DDA”
    J. Bradshaw – „Powrót do swego wewnętrznego domu”
Umów wizytę