„Nie ma symfonii bez dobrze postawionych pauz” - rozmowa z psychoterapeutką Magdaleną Rudzińską - MentalPath.pl

„Gdy terapeuta może być formą matrycy, na której może „odcisnąć się” pacjent, zobaczyć siebie bez uczucia wstydu, odrzucenia, poczucia winy” – z psychoterapeutką Magdaleną Rudzińską rozmawiamy o relacji terapeutycznej, doświadczeniu lockdownu, czekaniu na Godota i możliwych konsekwencjach przedłużającego się stanu zero.

 

 Pandemia w Polsce wszystkich nas posadziła w tym samym fotelu.

 

Mental Path: Mówimy przeważnie o tym, co pacjentom zrobiła pandemia w Polsce. A gdyby odwrócić pytanie: co dla psychoterapeutów oznacza doświadczenie pandemii?

Magdalena Rudzińska: Doświadczenie lockdownu, dla większości z nas pierwszorazowe, jest również przełomem dla psychoterapeutów. Bo przecież psychoterapeuci to także ludzie, więc podlegają tym samym prawom, co wszyscy. Kontaktując się z lękami i obawami pacjentów, uświadomiłam sobie, że pandemia w Polsce wszystkich nas posadziła w tym samym fotelu. Paradoksalnie jesteśmy sobie bliżsi z pacjentami: dzięki wspólnemu doświadczeniu, które współdzieliliśmy, w jakimś symbolicznym sensie bledną ramy, dotychczasowe rutynowo przyjęte normy i skrypty.

Mental Path: Ramy i hierarchia.
M.R.: Tak, hierarchia pacjent –  terapeuta się zaciera. W takich okolicznościach odradza się egzystencjalne – „JA i TY”, współdzielące wspólną przestrzeń doświadczenie człowieka zanurzonego w tej samej rzeczywistości i jednocześnie indywidualnej, bo przecież każdy z nas inaczej na tą rzeczywistość zareagował. Tak samo terapeuci, którzy pracują w różnych modalnościach, skonfrontowani z rzeczywistością pracy zdalnej zaczęli na nowo zadawać sobie pytanie, czym jest i jak daleko sięga relacja terapeutyczna, czy wcześniej ściśle określone warunki i granice nadal mają sens.) Jako terapeutka jestem przekonana, że czynnikiem leczącym jest relacja w„tu i teraz” – autentyczna, poparta empatią obecność drugiego człowieka. To, kim jest terapeuta jako suma doświadczeń i jak bardzo pozostaje otwarty na aktualne doświadczanie siebie, świata i drugiego człowieka ma znaczenie. Osobiście uważam, że kluczowa jest zdolność stworzenia z pacjentem – drugim człowiekiem – więzi i doświadczenia „głębi” relacyjnej opartej na doświadczeniu przez pacjenta bycia przyjętym i bezwarunkowo akceptowanym: z tym, z czym aktualnie się zmaga czy w jakim momencie jest. Nawet bardziej podkreślam zdolność PRZYJĘCIA niż akceptację.

 

W gabinecie terapeutycznym człowiek może być dokładnie taki jaki jest

 

MP: Jak rozumieć różnicę?
M.R.: Najlepiej rozumieją ją pacjenci. Przyjęcie jest związane z receptywnością psychoterapeuty. To coś zupełnie niewidzialnego, co pacjenci doskonale wyczuwają nieświadomie i reagują na to otwarciem i ufnym podążaniem nie tylko za terapeutą, ale za własnym wewnętrznym doświadczeniem. To proste, a jednocześnie tak znaczące – na ile w gabinecie terapeutycznym człowiek może być dokładnie taki jaki jest. Gdy terapeuta może być formą matrycy, na której może „odcisnąć się” pacjent, zobaczyć siebie bez uczucia wstydu, odrzucenia, poczucia winy. Dla mnie to najbliższa koncepcja wyjściowa. Cała reszta: wiedza, warsztat – to w gabinecie terapeutycznym  narzędzia dodatkowe. Nie przestajemy czerpać z dorobku naukowego i wiedzy jako wartości materialnej, jednak dobrze, jeśli w gabinecie psychoterapeutycznym w okresie pandemii jesteśmy ciągle gotowi usiąść blisko i bez lęku. Otwarci i gotowi na to przyjęcie. Jeśli te warunki są stworzone i zachowane, to dzieją się cuda i proces leczenia autentycznie następuje i postępuje.

MP: Doświadczenie pandemii jest demokratyczne. Stajemy niejako „nadzy” wobec tego, co się dzieje ze światem.

M.R.: To ciekawe, że użyłaś tego słowa. Jednym z doświadczeń u Rogersa w encounters groups było zasiadanie w kręgu nago. Ludzie rozbierali się dosłownie i symbolicznie, co miało oddawać unifikację doświadczenia. Podczas jednej z tegorocznych konferencji zapadł mi w pamięć tytuł odczytu: jak terapeuta ma dawać nadzieję, jeśli sam jest w beznadziei? W zawieszeniu. Doświadczenie pandemii w Polsce mocno dało mi odczuć w pracy, jakich wysiłków dokonujemy jako ludzie, kiedy jesteśmy w stanie „zero”. Zawieszenia. Kiedy zostajemy pozbawieni fizycznej bliskości i grupy innych ludzi. Nie zdajemy sobie sprawy, jak zwykła obecność ludzi uruchamia i stymuluje w nas procesy twórcze, podnosi kreatywność, ale jest też czynnikiem leczącym i kojącym. Jak wtedy przyjmować gratyfikację za pracę, kiedy my, terapeuci również znajdujemy się w stanie „zero”, lockdownu, swoistego zamknięcia? Pamiętam z sesji bardzo mocno taki dramat: „czekanie na Godota”, w symbolicznym znaczeniu przywrócenia możliwości spotkania – z wolnością, swobodą poruszania się, wypicia kawy w kawiarni, zatopienia się w tłumie innych ludzi. Zdarzało mi się wspólnie płakać z pacjentami nad „tu i teraz”, które w swojej pustce stawało się nieznośnie i patrzyło w horyzont, oczekując powrotu do „normalność”. To jest jednak paradoksalnie źródło niebywałej siły: bycie z pacjentem w autentycznym doświadczeniu, niezaprzeczanie mu. Niewynoszenie się na piedestał wszechwiedzy i wspólne dzielenie tego „nie wiem”. To doświadczenie tak nowe, czyste, że we mnie, terapeutce i człowieku uruchomiło jakiś proces połączenia na skalę globalną. Wyobraziłam sobie siebie zanurzoną w tej samej wykładni, w tym samym polu doświadczenia z innymi ludźmi na całym świecie.

 

Dla wielu pacjentów najtrudniejsze jest doświadczenie wewnętrznej pustki

 

MP: „Nawet to, czego nie mam komu dać – zawsze jest komuś potrzebne”.

M.R.: Myślę, że do pandemii pacjenci przychodzili do gabinetów terapeutycznych, kierowani zasadą: wyżej, więcej, mocniej. Nasz ślepy pęd zbudował nam globalne perpetuum mobile. To, co przed pandemią było dla wielu pacjentów najtrudniejsze, to doświadczenie wewnętrznej pustki. Chodzi o tego rodzaju głębię, której otchłań przeraża. Kiedy w lockdownie byliśmy w izolacji, siłą rzeczy byliśmy zdani na kontakt sami ze sobą. Na co dzień zwykliśmy to zagłuszać, uciekając w pracę, w obowiązki, w rozwój, w sztukę. Nasze spojrzenie z reguły jest skupione na zewnątrz, nawet jeśli skupia się na potrzebach i pragnieniach. To, z czym zaczęli przychodzić pacjenci, to uczucie pustki, momentu ciszy, paradoksalnego ograniczania wyborów, a nawet przerażającego zatrzymania w kontakcie ze sobą. Muszę przyznać, że momentami czerpałam wiele inspiracji z sesji moich pacjentów. Wspólnie odkrywaliśmy, że jest w nas ludzkich przestrzeń, która nie może zostać ograniczona ani zatrzymana, a która jest związana z wolną wolą i zdolnością do autentycznego, emocjonalnego poruszania. Wrażliwość jest dla mnie takim odzwierciedleniem „bycia w ruchu”. Kiedy pozwalamy sobie doświadczyć bycia „poruszonymi” przez zdarzenia, innych ludzi. Pacjenci z reguły przychodzą, żeby pozbyć się tego „dotykania  wewnętrznej pustki”, wejścia w nią. To naturalne tak jak atawistyczny strach przed pustynią. Nie widzą w tym potencjału. Jeśli psychoterapeuta nie boi się w tym być z pacjentem, nie boi się swojej wewnętrznej pustki, ciszy, nie boi się doświadczać, to można zaryzykować stwierdzenie, że otwiera się przeogromna przestrzeń, która ma wymiar kosmiczny. Nie ma przecież symfonii bez dobrze postawionych pauz. Bez tych momentów, w których wybrzmiewa cisza. Świat złożony ze światła i cienia, z ruchu i bezruchu – to jest dopiero ten moment kompletny. Tu przypomina mi się wers z wiersza naszej noblistki Wisławy Szymborskiej – „kiedy wypowiadam słowo Cisza, niszczę ją”. Pozostawiam to do kontemplacji.

MP: Siła też bierze się z braku.

M.R.: Tak, siła rozumiana jako wielkość fizyczna, emocjonalna i nawet duchowa. Bardzo lubię świat fizyki, bo obrazuje i nazywa wiele zjawisk intuicyjnych, efemerycznych, a nawet duchowych, Siła jest związana z ruchem, ale potencjał jako możliwości jest związany z jego brakiem, na zewnątrz. Zwykliśmy nawet mówić – że ktoś lub coś ma potencjał. Metaforycznie, zanim wejdziemy w działanie, potrzebujemy adekwatnej gotowości tak jak dziecko, które 9 miesięcy dojrzewa do przyjścia na świat. To moment oczekiwania na przejście, transformację. Matka w oczekiwaniu istnieje wówczas „za” to dziecko, bo ono znajduje się niejako za kotarą, a jednak przychodzi moment, że jest w pełni gotowe zacząć o własnych siłach. To nośna metafora procesu terapeutycznego.

{w części drugiej rozmowy – młodzież i dzieci wobec pandemii, znaczenie kontaktu fizycznego, domy w pandemii jako multifunkcyjne przestrzenie funkcjonowania}

Umów wizytę